czwartek, 17 września 2015

ROZDZIAŁ 2 "No przecież kiwi"




"Niektórzy mają wspaniałe rodziny. Inni muszą je dopiero znaleźć lub stworzyć. Być członkiem rodziny to niezwykły zaszczyt, na który zasłużyć sobie można jedynie miłością."
                                                              Jim Stovall "Bezcenny dar" 



Brian obudził się w pustym łóżku. Wstał i zszedł na dół szukając swoją żonę. Miał zamiar z nią dziś porozmawiać. Przeprosił ją za swoje zachowanie, zaraz następnego dnia po ich sprzeczce. Lora również go przeprosiła, że złożyła wizytę w więzieniu bez jego wiedzy, jednak ta sprawa w dalszym ciągu nie dawała mu spokoju. Nie chciał, żeby jego małżeństwo się rozpadło zanim tak naprawdę się na dobre zaczęło. Mimo przeprosin, relacja tej dwójki była nieco oziębła. No nic... trzeba będzie się jakoś dogadać. Przecież małżeństwo to między innymi sztuka dochodzenia do kompromisu.
Brian znalazł brunetkę siedzącą na ławce za domem i pijącą kawę. Wyciągała głowę w stronę słońca, delektując się jego ciepłem. Była jeszcze w piżamie z rozczochranymi włosami i bez grama makijażu, jednak mimo to okropnie się Brianowi podobała. Pocałował ją w policzek i usiadł obok niej. Brunetka otworzyła oczy i spojrzała na niego.
– Chyba nie powinnaś pić kawy. – Brian wskazał głową na płyn, który spożywała Lora.
– Zbożowa – wyjaśniła i podała mu kubek. Blondyn upił łyka i odstawił naczynie na bok.
Objął swoją żonę ramieniem, a ta położyła na nim głowę.
– Wiesz, że nadal będę przeciwny twoim spotkaniom z Antoniem – oznajmił po chwili.
– A ty wiesz, że ja nadal będę się z nim spotykać – odpowiedziała z przekornym uśmiechem.
– Uważam, że więzienie to nie miejsce dla ciebie tym bardziej w twoim stanie – stwierdził, gładząc ją po płaskim jeszcze brzuchu. – To może być stresujące dla dziecka. Martwię się o was.
– No pewnie, że to nie miejsce dla mnie. W końcu nie pozwoliłeś mi trafić za kratki – zaśmiała się brunetka, ale dodała poważnym tonem: – Umówmy się, że teraz jak będę chciała odwiedzić ojca, to ci o tym powiem i pojedziesz ze mną.
O’conner pokiwał głową na znak, że się zgadza.
– Może jak będzie ze mną agent FBI to strażnicy nie będą mnie aż tak rewidować – dodała żartobliwym tonem.
– Obmacywali cię?! – Brian oburzył się. Teraz to już na pewno będzie jeździł z Barceloną na widzenia. Nie pozwoli, żeby jakieś dupki dotykali jego żonę. Brunetka uspokoiła swojego męża, bo odnosiła wrażenie, że zaraz się podniesie i pojedzie do więzienia pobić wszystkich klawiszy po kolei.
Siedzieli chwilę w ciszy, po czym Lora stwierdziła, że najwyższa pora przedyskutować kwestię jej rodzinnej firmy. Miała nadzieję, że Brian ją wesprze zamiast wszczynać kolejną awanturę, która jest kompletnie niepotrzebna.
– Muszę powiedzieć ci coś jeszcze... – zaczęła niepewnie. Brian uniósł pytająco brwi, w oczekiwaniu co chce powiedzieć mu Lora. – Tata chciałby żebym zajęła się firmą, gdy on jest w więzieniu.
Wyczuła jak mięśnie blondyna napinają się, jednak nie usłyszała żadnych wyrzutów. Zamiast tego Brian westchnął głęboko, po czym pocałował ją w głowę. Odezwał się dopiero po chwili, zupełnie jakby przez ten czas liczył w myślach do dziesięciu
– Mam sceptyczny stosunek do twojego ojca i wszystkiego co dotyczy jego osoby – oznajmił, kładąc szczególny nacisk na słowo „wszystkiego”. – Jednak jeśli chcesz się zająć biznesem i czujesz się na siłach, to nie będę stał ci na przeszkodzie. Oby tylko to nie wpływało na naszą rodzinę. Nie zapominaj, że jesteś w ciąży.
Lora uśmiechnęła się i pocałowała swojego męża w policzek. Brian był naprawdę wspaniały. Brunetka wiedziała, że jej mąż nie jest ani trochę zadowolony z tego, co się dziś dowiedział, jednak starał się nie dać tego po sobie poznać. Robił to dla niej, bo chciał, żeby była szczęśliwa. Zresztą chciał jej dać trochę wolności, gdyż do tej pory robiła wszystko, c chciał ojciec. Teraz w końcu nadszedł czas by Lora sama decydowała o swoim życiu. Oczywiście na tyle, na ile pozwala jej małżeństwo.

Następnego dnia, jak w każdą niedzielę, zebrali się w domu Dominica i Letty grillu. Dom kontynuował to, co zaczął jego ojciec, czyli „nie byłeś w kościele – nie jesz obiadu”. Tradycja była dla Dominica bardzo ważna. W końcu była to jedna z rzeczy, która trzymała całą rodzinę razem. Dzięki niej właśnie, co niedzielę siadali razem przy stole i spędzali wspólnie czas.
Dominic coraz częściej myślał o tym, że chciałby wrócić do LA, do rodzinnego domu Torettów. To właśnie tam Dom spędził najlepsze lata swojego dzieciństwa i młodości i tam pragnął wychować swojego syna. Tak, syna. Gdy dowiedział się, że spodziewają się chłopca omal nie pękł z dumy. Nie mógł się wprost doczekać, kiedy będzie mógł zabrać go do garażu i nauczyć wszystkiego. Tak samo Dom nauczył się wszystkiego od swojego ojca.
Z rozmyślania, wyrwała go Letty, która komenderowała wszystkim co mają robić. Tym sposobem Mia, Lora i Jess kręciły się w kuchni przygotowując mięso na grilla, Tej rozpalał grilla, zaś Roman i Brian przygotowywał sałatkę do obiadu. Jake, jako że nie nadawał się ani do ognia ani do kucharzenia, został oddelegowany do sklepu po sok pomidorowy i zielonego grejpfruta, na które Leticia miała przeogromną ochotę. Brunetka miała zakaz robienia czegokolwiek, ponieważ ostatnio nie czuła się zbyt najlepiej. Na szczęście idealnie nadawała się do rozkazywania innym. Nawet Kendall posłuchał panny Ortiz bez jęczenia. Nie ma co, ale dziewczyna Toretta budziła respekt.
– Dom, rusz dupę i smaż to żarcie! – krzyknęła przyszła pani Toretto.
Dominic podniósł ręce do góry w geście poddania się i ruszył go grilla.
Po chwili wrócił Kendall, wręczając brunetce zakupy.
– Co to jest?! – wrzasnęła Letty, trzymając w dłoni kiwi.
– No przecież kiwi – stwierdził Jake.
– Chciałam zielonego grejpfruta, a nie kiwi! – wydzierała się brunetka, ku uciesze reszty. W złości cisnęła owocem w biednego blondyna.
– A bo ja myślałem, że to o kolor chodzi  – bronił się, masując ramię, w które oberwał. – Nie było nigdzie tych pieprzonych grejpfrutów.
Leticia podeszła do Dominica i rozpłakała się histerycznie, twierdząc, że nikt jej nie rozumie.  Toretto pogładził narzeczoną po włosach i popatrzył z dezaprobatą. Brian przyglądał się sytuacji z rozbawieniem. Jeszcze nie widział, żeby Jake oberwał od ciężarnej kobiety. Teraz wydawało mu się to mega śmieszne, jednak po chwili zdał sobie sprawę, że za niedługo jego też to czeka. No cóż... Pozostało mieć nadzieję, że Lora lepiej zniesie ciążę. O’conner spojrzał na swoją żonę, która uśmiechnęła się do niego szeroko. Taaak... ona myślała dokładnie o tym samym.

Kilkanaście minut później wszyscy usiedli do grilla. Modlitwę, jak zwykle, odmawiał Roman, gdyż zawsze pierwszy łapał się za jedzenie. Tej stwierdził kiedyś, że jeśli ten człowiek będzie się tyle modlił, to jest duża szansa, że zostanie księdzem, jeśli nie od razu świętym.
– To kiedy zamierzacie się pobrać? – zagadnęła Lora. W końcu Dominic oświadczył się Letty zaraz po ślubie jej i Briana, ale o ślubie nie było ani widu ani słychu.
– Stwierdziliśmy, że weźmiemy ślub dopiero po porodzie – oznajmił Toretto, a jego narzeczona pokiwała twierdząco głową. – Tak będzie bezpieczniej, bo teraz Letty miewa zmienne humorki i jeszcze by się rozmyśliła podczas ślubu – dodał żartobliwie.
– Poza tym ciężko byłoby wbić się teraz w suknię ślubną – powiedział Jake z głupim uśmiechem, chcąc odgryźć się za wcześniejszą akcję. Oberwał za to kopniaka pod stołem od Briana, Jess zdzieliła go po głowie, a Letty pokazała mu środkowy palec. No cóż... nie tylko Roman był w tym towarzystwie przygłupem.
– Wiecie... bukietem po prostu trzeba umieć rzucać – stwierdziła z dumą Lora, wspominając swój celny rzut kwiatami. Spojrzała przy tym wymownie na Dominica, a ten uśmiechnął się jedynie. Taaa... gdy prosił Lorę o to by rzucała w stronę Letici miał nadzieję, że Lora zrobi to w bardziej dyskretny sposób niż rzut prosto w twarz. Letty od razu domyśliła się, że to było wcześniej ukartowane.
Rozmowa przyjaciół trwała w najlepsze. Jess i Jake opuścili towarzystwo szybciej, ponieważ dziś był jeden z tych niewielu dni, które Kendall postanowił poświęcić swojej dziewczynie. Blondynka była tym faktem wniebowzięta i zaraz po obiedzie odjechali.
Nagle, rozmowę przerwała im postać, która weszła do ogrodu Toretta.
– Cześć wszystkim! – przywitał się Azjata.
– Han! – krzyknęła zaskoczona Letty i podeszła do mężczyzny by go uściskać. Wszyscy po kolei witali się ze znajomym.. Lora stała z boku i przyglądała się tej scenie z zaciekawieniem. Nie miała pojęcia kim jest Japończyk, ale było widać, że jest to ktoś ważny dla jej przyjaciół i męża. W końcu Han zauważył Lorę, która stała gdzieś z boku. Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.
– A kim jest ta urocza dama? – uniósł z zaciekawieniem brwi, widząc nową twarz wśród jego przyjaciół.
– A to moja żona Barcelona. – Brian objął brunetkę ramieniem i wypiął dumnie pierś, jakby pokazywał komuś swój największy skarb. Lora uśmiechnęła się przyjacielsko i przywitała się z brunetem.
– Chyba za długo mnie nie było – stwierdził Han, przyglądając się parze małżonków oraz brzuszkowi Lettici.
Dominic zaprosił  przyjaciela do stołu i ugościł go jak na pana domu przystało.
– Na ile przyjechałeś? – zapytał Toretto.
– Jeszcze nie wiem, w sumie myślałem, żeby zostać na trochę dłużej – Han wzruszył ramionami. – Może trzy miesiące, a może pół roku? Nie było mnie tyle czasu, więc chciałbym spędzić trochę czasu z rodziną. Zresztą jak widać, człowiek wyjeżdża na trochę, a jak wraca, to okazuje się, że jeden kumpel wziął ślub, a drugi spłodził potomka.
Chłopacy zaśmiali się ze stwierdzenia Hana.
– A co z Tokio? – wtrącił Brian.
– Mam tam zaufanych ludzi, którzy zajmą się interesem  – oznajmił brunet.
Dominic i reszta chłopaków pokiwali głowami. Toretto podniósł do góry butelkę Corony by wznieść toast.
– W takim razie za twój przyjazd, stary.
Pod wieczór, Han i Dominic usiedli razem w ogrodzie. Wspominali dawne czasy, gdy wykonywali wspólne akcje, popijając przy tym Coronę. Ten trunek był już standardem w tej rodzinie. Mia czasem podśmiewywała się, że Dom urodził się z butelką Corony w dłoni.
– Nieźle się tu urządziłeś, Toretto – stwierdził rozglądając się dookoła.
Han nie mógł się nadziwić ile zmian zaszło podczas jego nieobecności. Toretto opowiedział mu całą historię związaną z Lorą i Brianem. Japończyk wysłuchał uważnie przyjaciela i trochę żałował, że nie było go przy nich. Przecież z chęcią pomógłby rodzinie. Tym bardziej, że Lora była bardzo miłą i ułożoną dziewczyną. Nie dziwił się O’connerowi, że stracił dla niej głowę. Po głębszym zastanowieniu, stwierdził że sam chciałby w końcu spotkać odpowiednią kobietę.

– Pożerałeś tę lafiryndę wzrokiem! – wrzasnęła wściekła Jessica, gdy tylko weszła do mieszkania. Za nią maszerował z udawaną skruchą Jake. No cóż... chyba dzisiaj nie zamoczy.
Zabrał dzisiaj Jess do stadniny za miastem, by pojeździć konno. Kendall chciał jakoś wynagrodzić swojej dziewczynie, że nie miał dla niej ostatnio czasu. Niestety plan nie wypalił, gdyż trafili na bardzo seksowną instruktorkę jazdy i blondyn nie mógł się oprzeć, żeby jej nie poderwać. Miał zamiar zrobić to tak, żeby Jess się nie zorientowała, ale jego dziewczyna okazała się być mądrzejsza niż myślał. Nie była stereotypową, głupią blondynką.
Teraz Jessica zamknęła się rozzłoszczona  w sypialni, zatrzaskując Kendallowi drzwi przed nosem. Zrezygnowany chłopak usiadł na kanapie w salonie. Baby to jednak skomplikowane stworzenia. Do tej pory Jess nie była konfliktowa i nie czepiała się, że uśmiechał się i puszczał oczka do innych dziewczyn, a teraz nagle jej odbiło. A przecież chciał spędzić z nią miło czas. Jake bał się do tego przyznać, ale w głębi duszy wiedział, że zwyczajnie stęsknił się za Jessicą. Oszukiwał blondynkę i spotykał się, za jej plecami, z innymi dziewczynami. Ciągnął dwie sroki za ogon. Z jednej strony nie rezygnował z beztroskiego trybu życia, imprezek z kumplami i jednorazowych romansów, a z drugiej strony zaś, chciał być z Jess Czasami przychodził taki moment, że jedyne o czym marzył to pojechać gdzieś daleko ze swoją dziewczyną i mieć ją tylko dla siebie, by móc się nią nacieszyć. Zaraz potem jednak przypominało mu się, że jest Casanovą i szedł w miasto.
Blondynka podejrzewała Jake o niewierność, ale udawała, że nic się nie dzieje. Wiedziała przecież, że jeśli zacznie marudzić, to Kendall od niej odejdzie.
Jess przebrała się w krótkie spodenki i luźny top, po czym zeszła do salonu, gdzie siedział Jake. Usiadła po przeciwnej stronie kanapy, jak najdalej od niego, po czym włączyła telewizor szukając jakiegoś ciekawego programu. Blondyn przysunął się do niej i zaczął błądzić dłonią po jej udzie i całował po szyi. Jessica jednak zdawała się być niewzruszona na jego pieszczoty. Chciała dać mu nauczkę. Kendall był coraz bardziej zirytowany obojętnością swojej dziewczyny. Nie po to się stara, zabiera ją do stadniny, żeby teraz ona się dąsała!
Gdy po raz kolejny został odepchnięty, nie wytrzymał.
– Nie to nie! – krzyknął wściekły i odsunął się od niej. – Chcę żeby było fajnie i miło, a ty wolisz stroić fochy o jakieś bzdury!
Blondynka prychnęła tylko z pogardą. Chłopak wyciągnął z kieszeni komórkę i gdzieś zadzwonił
– No cześć żabciu, masz dzisiaj czas? – Dziewczyna usłyszała, jak Jake mówi do telefonu. – Będę za chwilę.
Jess popatrzyła na swojego chłopaka z niedowierzaniem. Ten wstał i posłał jej triumfalny uśmiech, wzruszając przy tym ramionami. Wyszedł z jej mieszkania, trzaskając drzwiami. Blondynka natychmiast wybuchła płaczem. Wcześniej przynajmniej Jake ukrywał to, że spotyka się z innymi dziewczynami. A teraz umówił się z jakąś zdzirą na jej oczach! Nie mogła zrozumieć, jak on mógł się tak zachować. W pierwszym odruchu chciała zadzwonić do niego, przeprosić i poprosić, żeby wrócił do niej. Po chwili jednak zmieniła zdanie. Poszła do sypialni, by zmienić ubranie. Założyła najbardziej wyzywającą sukienkę jaką miała w szafie. 
Wybrała małą czarną, ozdobioną ćwiekami, która podkreślała jej biust i długie nogi.  Do tego ubrała czarne szpilki od Louboutina. Usta pomalowała czerwoną szminką, a na oczy nałożyła sporą ilość ciemnego cienia do powiek. Spojrzała w lustro i stwierdziła, że wygląda zupełnie jak jakaś ladacznica spod latarni, jednak kompletnie jej to nie przeszkadzało. Miała zamiar porządnie się zabawić. Skoro Jake może, to dlaczego ona nie?

Kilka godzin później Jess już dość pijana szalała w klubie LIV, czyli jednym z najlepszych lokali z Miami. Podrywało ją wielu mężczyzn, a blondynka miała z tego świetną zabawę. Była już dość pijana, jednak panowała nad sobą. Mimo że wzięła ze sobą pieniądze, to nie wydała z nich ani grosza. Cały alkohol jaki wypiła, sponsorowali jej ci naiwniacy. Nagle poczuła jak ktoś ją obejmuje od tyłu i wrzeszczy „Cześć” wprost do jej ucha. Odwróciła się i zobaczyła roześmianego Romana z towarzystwie jakiś dziewczyn.
– Masz ochotę dołączyć do haremu? – zapytał, posyłając blondynce zabójczy uśmiech.
Ta roześmiała się tylko i chwyciła torebkę, idąc za Romem i jego towarzyszkami. Weszli na piętro klubu, gdzie znajdowały się loże VIP. Usiedli przy jednym ze stolików i rozpoczęli konsumpcję wszelakich napojów wysoko procentowych świetnie się przy tym bawiąc. Około trzeciej nad ranem Jess miała już totalnie dość i nie bardzo kontaktowała z otoczeniem. Roman nie wiedział za bardzo co ma teraz zrobić z kompletnie pijaną blondynką. Stwierdził, że najlepszym wyjście będzie odstawić ją do O’connerów. W końcu przecież Jess i Lora są najlepszymi przyjaciółkami.
Kilkanaście minut później murzyn wyciągał blondynkę z taksówki, która stała przed domem przyjaciół. Przerzucił ją sobie przez ramię i ruszył w kierunku drzwi. Zdążył nieco wytrzeźwieć przez drogę. Przeczuwał, że będzie musiał szybko uciekać przez Brianem.
– Juhu! – krzyknęła Jess w stronę taksówkarza, machając mu na pożegnanie. – Roman! Ale to nie jest mój dom! – wybełkotała niewyraźnie.
– Cicho bądź! – upomniał dziewczynę, dzwoniąc do drzwi.
Po chwili pojawił się w nich zaspany Brian, który nie wyglądał na zbyt zadowolonego.
– Co wy do cholery robicie tutaj o tej godzinie?! – zapytał półszeptem z wściekłością w głosie.
– Jess trochę zabalowała i nie wiedziałem co z nią zrobić – wyjaśnił Roman, trzymając blondynkę.
O’conner pokręcił głową z dezaprobatą i chwycił dziewczynę, przerzucając ją sobie przez ramię. Położył ją w pokoju gościnnym, po czym wrócił do swojej żony.
– Co się stało? – zapytała zaspana Lora.
– Nic, śpij – szepnął jej na ucho i kazał iść spać.

Rano Jessica obudziła się w nieswoim łóżku. Przestraszyła się, że może pod wpływem alkoholu zrobiła coś głupiego, czego będzie żałowała. Po chwili jej skacowany mózg zaczął łączyć wątki i ogarnęła, że jest w domu swoich przyjaciół. Blondynka usiadła na łóżku i zobaczyła Lorę, która stała w drzwiach z założonymi rękami i mierzyła ją karcącym wzrokiem. Jessica poczuła się strasznie głupio i przykryła się kołdrą, udając, że wcale jej tam nie ma. Przyjaciółka jednak nie miała zamiaru odpuszczał i zerwała z niej nakrycie i kazała doprowadzić się do porządku. Jess posłusznie ruszyła do łazienki, gdzie czekały na nią czyste rzeczy, przygotowane wcześniej przez Lorę. Po kilkunastu minutach blondynka weszła do kuchni, gdzie czekała na nią przyjaciółka. Usiadły przy stole.
– Powiedz mi co ty odwalasz Jess – zaczęła Lora. Widać było, że jest zła, ale też zmartwiona tym co robi jej przyjaciółka. Brian nie omieszkał poinformować jej o nocnych odwiedzinach Romana i pijanej Jessici. Blondynka wzruszyła tylko obojętnie ramionami.
– Miałam spędzić wczoraj dzień z Jakiem, ale się pokłóciliśmy i na moich oczach zadzwonił do którejś ze swoich dziwek i się z nią umówił – wyznała rozgoryczona blondynka. W jej oczach pojawiły się łzy, ale po chwili smutek zamienił się w złość. Dziewczyna zacisnęła mocno pięści, tak, że paznokcie wbijały się jej dłonie.
Brunetka, słysząc słowa przyjaciółki, prychnęła ze złością.
– Nie chciałam się wtrącać w twoje sprawy, ale już nie mogę. Zostaw go  – powiedziała. – On cię tylko wykorzystuje, nie traktuje poważnie. A ja nie mogę patrzeć jak cierpisz. Dlatego proszę cię zostaw Jake’a zanim on porzuci ciebie. Przemyśl to sobie, okej?

Jessica pokiwała głową i przytuliła się do przyjaciółki. Miała teraz twardy orzech do zgryzienia. W końcu musiała zrezygnować z faceta swojego życia, żeby ratować swoje serce przed złamaniem. O ile nie było już za późno...


***


Rozdział 2 przed Wami! 
Jest i Han specjalnie dla Panny Martadeli! ;* (mówiłam, że nie będzie go w drugim rozdziale zbyt dużo, ale skoro zostaje w Miami, to napewno pojawi się jeszcze nie raz ;P)
Przyspieszam trochę z akcją. Musiałam pogodzić trochę Briana i Lorę, bo oni są tacy kochani, że nie mogę ich tak "trzymać" skłóconych. ;D Jake jest coraz większym dupkiem. Trochę mnie już wkurza to ciągłe płakanie Jess.  A Was? xd 
Ogólnie to chciałam nawiązać do cytatu. Niestety nie miałam okazji przeczytać tej książki, ale oglądałam film "Bezcenny dar" na jej podstawie i muszę Wam go gorąco polecić! Nie jestem wielką fanką dramatów, ale ten naprawde mnie wciągnął, że koniecznie muszę zabrać się za przeczytanie książki. ;)

Zapraszam również na drugie opowiadanie o "Szybkich i wściekłych" Love in Miami.  :)

Zapraszam do czytania i gorąco pozdrawiam! ;**



6 komentarzy:

  1. Oho ! Han ! W końcu kiedy Lett będzie rozdzić ?Jake jest skończonym dupkiem ! Jak dobrze ,że mniej wiecej wszystko sie układa XD
    Pozdrawia i życzy weny na love in miami ! I tu również !
    Zielono oka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. ;P Termin dla Letty mam już ustalony :D
      Dziękuję i również pozdrawiam! :*

      Usuń
  2. OOo jeszcze tego nie skomentowałam!

    "gdy prosił Lorę o to by rzucała w stronę Letici miał nadzieję, że Lora zrobi to w bardziej dyskretny sposób niż rzut prosto w twarz." jakbym widziała to na żywo to chyba osikałabym się ze śmiechu hahahaha :D

    i tu też Han <3
    Dziękuję!
    Strasznie go lubię :D i muszę Ci się przyznać, że jak zginął w Tokio Drift to się rozpłakałam :(
    (nie znałam wtedy chronologicznego układu części xD) musiałabyś wyobrazić sobie moją radość w 4 :D

    cóż, czekam na więcej!
    wyjaśniłam dlaczego nie było mnie tak długo w 3 rozdziale :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aaaa! no i jeszcze plus dla pani Toretto za akcję z kiwi :D

      Usuń
    2. No cóż... Lora się nie cacka z dyskrecją. ^^
      Akcja z kiwi inspirowana wydarzeniami prawdziwymi. Usłyszałam kiedyś tę historię i stwierdziłam, że jest zbyt świetna, by się nią nie podzielić. ;D
      Co do Hana, to miałam tak samo... Szkoda, że on i Gisele zginęli... :(

      Usuń
    3. No szkoda :(
      Jakbyśmy same napisały scenariusz byłoby inaczej! :D

      Usuń