piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział 14




“Dziś cały jej świat zamykał się w tej silnej ręce, która trzymała jej dłoń, w tej twarzy muskającej jej twarz, w pieszczocie oddechu na policzku.”

                                             Theresa Revay "Ostatnie lato w Mayfair"





Brian patrzył z podziwem na Cessnę 500 stojącą na płycie niewielkiego lotniska w Rosarito. Musiał przyznać, że jego braciszek się postarał. Sądził raczej, że Jake postara się dla niego i Lory o jakiś samochód, którym będą musieli tłuc się do Rio przez dobrych kilka dni, a nie prywatny samolot. Teraz, patrząc na ich nowy środek lokomocji stwierdził, że i Jake potrafi czasem załatwić coś porządnie. Zwykle gdy Jake się za coś zabierał to wychodziła z tego wielka klapa. W duchu Brian cieszył się, że podróż upłynie im całkiem szybko i w dodatku w przyjemnych warunkach. 

– Będziemy musieli podziękować Jake’owi – stwierdził blondyn, spoglądając na stojącą obok brunetkę. Ta tylko uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła w stronę Cessny.

O’conner przywitał się z kapitanem, który zaprosił go i Barcelonę na pokład. Brunetka natychmiast opadła na jeden ze skórzanych foteli. Rozejrzała się dookoła i przyznała w myślach, że jest tu całkiem ekskluzywnie. Na pokładzie znajdowała się toaleta i barek wypełniony najróżniejszymi, drogimi alkoholami. Przy oknach stały cztery kremowe, skórzane fotele, które można było rozłożyć i zdrzemnąć się w trakcie podróży. Całość utrzymana była w kolorze kremowym, gdzieniegdzie tylko znajdowały się elementy z ciemnego, lakierowanego drewna Wenge. Po kilkunastu minutach samolot wystartował. Lot miał trwać kilkanaście godzin, więc po chwili Lora dopadła straszliwa nuda. Nie mając nic do roboty dziewczyna położyła się z fotelu i usnęła…


Jessica kroczyła korytarzem biurowca, w którym znajdowała się siedziba firmy Estevana Suareza. Szła na spotkanie z Cristianem, czyli niedoszłym mężem Lory. Będąc w Miami, nie mogła zrobić zbyt wiele dla swoich przyjaciół, więc postanowiła spróbować porozmawiać z Suarezem. Bez żadnego pytania weszła do gabinetu młodego Suareza. Nawet ją nie zdziwiło, że przeszkodziła mu w obściskiwaniu sekretarki. To było oczywiste, że ten typ faceta musi mieć jakąś pannę na boku. Jake miał podobnie. Wolf zmierzyła zabójczym wzrokiem dziewczynę, a ta zmieszana błyskawicznie opuściła pomieszczenie. 
– No proszę – zaczęła zgryźliwym tonem. – Widzę, że pocieszyłeś się po swoim nieudanym ślubie? 
– Dokładnie – odpowiedział równie niemiłym tonem. – A ty nie powinnaś ratować teraz swojej przyjaciółeczki? Myślę, że będzie z nią krucho, gdy jej ojciec już ją dorwie. 
– Nie muszę jej ratować, bo robi to jej chłopak. – Blondynka usiadła w jednym z foteli przeznaczonym dla gości, nonszalancko zakładając nogę na nogę. – Całkiem porządny z niego facet, w przeciwieństwie do ciebie. – Jess uśmiechnęła się sztucznie. Spodziewała się, że wiadomość o tym, że Barcelona kogoś ma zrobi wrażenie na brunecie. W sumie to dużo nie kłamała, miała nadzieję, że Lora i Brian będą niedługo razem.  Jessica nie myliła się. Cristian wyraźnie tłumił narastającą w sobie złość. Typowy pies ogrodnika. Sam nie może, innemu nie da, chociaż w tej sytuacji to miał gówno do powiedzenia.
– Nie powiedziałaś jeszcze po co tutaj przyszłaś. – Brunet odwrócił się do Jessici plecami i zaczął przekładać jakieś dokumenty, chcąc ukryć swoje zdenerwowanie.
– Daj spokój Lorze – powiedziała twardo. – Nie kochasz jej ani ona ciebie, więc ten związek nie miałby żadnego sensu. Już raz cię poniżyła i ośmieszyła, a ty nadal chcesz w to brnąć?
– Mam pozwolić żeby taki interes przeszedł mi koło nosa? – prychnął brunet. – Wiesz ile mogę zarobić na tym małżeństwie?
Jess spojrzała na bruneta z odrazą. Nie mieściło jej się w głowie, że można aż tak bardzo kochać pieniądze. Poświęcić swoje życie prywatne, tylko po to żeby zarabiać więcej forsy? Dla niej to było chore. Nie potrafiłaby do końca życia być z osobą, z którą łączy ją jedynie wspólny biznes. 
– Czyli mam rozumieć, że nie odpuścisz? – zapytała, a Cristian pokręcił przecząco głową. Jessica podniosła się z miejsca i skierowała do drzwi. Zanim jednak opuściła pomieszczenie odwróciła się i rzuciła na odchodne: – Jeszcze zobaczymy kto będzie górą Suarez.
Po wyjściu Jess, Cristian natychmiast sięgnął po telefon i wybrał numer. Po kilku sekundach w słuchawce odezwał się znany mu głos ojca Barcelony.
– Właśnie dowiedziałem się, że Lora nie jest sama – zaczął bez zbędnych powitań Suarez. – Mam nadzieję, że dotrzymasz umowy i Lora wróci nietknięta…


Lora obudziła się dopiero gdy samolot miał lądować. Brian powoli przygotowywał się do opuszczenia pokładu. Gdy tylko zobaczył budzącą się dziewczynę, uśmiechnął się lekko pod nosem. Wyglądała pociągająco nawet zaspana i ze śladem poduszki odbitym na policzku. Brunetka starała się lekko rozmasować powstały odcisk, ale niewiele to pomogło. 
– Zapnij pasy, zaraz lądujemy – powiedział Brian, całując przelotnie dziewczynę w policzek.
Po dobrych kilkunastu minutach wreszcie znaleźli się na płycie lotniska Aeroporto de Jacarepaguá, które obsługiwało prywatne loty.
– Czyli jedziemy teraz do firmy twojego ojca? – zapytał O’conner.
– Nie – uśmiechnęła się Lora, co wywołało lekkie zdziwienie u blondyna. – Tym zajmiemy się jutro. Dzisiaj pokaże ci Rio – wyjaśniła wesoło, po czym pociągnęła go za rękę w stronę postoju taksówek.


Para wsiadła w taksówkę, po czym udali się do pensjonatu znajdującego się dość blisko Copacabany, ale wystarczająco daleko by goście mieli zapewniony spokój i prywatność. Lora znała to miejsce z czasów kiedy była dzieckiem i przyjeżdżała tutaj z ojcem na wakacje. Było to jednak tak dawno temu, że obsługa z pewnością nie była w stanie jej rozpoznać, więc dziewczyna czuła się tu bezpiecznie. W końcu przyjechała do Rio, miasta, którym w dużej części rządził jej ojciec. Można powiedzieć, że weszła do jaskini lwa. 
Po dokonaniu rezerwacji i odświeżeniu się po podróży, Lora zabrała Briana by pokazać mu chyba znak rozpoznawczy w całej Brazylii, czyli Pomnik Chrystusa Odkupiciela. Gdy dotarli do stóp posągu, mogli odetchnąć. Warto było namęczyć się, wchodząc schodami na szczyt wzgórza, bo w końcu mogli rozkoszować się wspaniałym widokiem rozciągającym się na całe Rio. 
– Wiesz, że ten pomnik zbudowano z okazji setnej rocznicy niepodległości Brazylii? – zaczęła Lora. – Został zaprojektowany przez francuskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia. Jest ustawiony przodem do morza by witać przybyłych gości, a ramiona obejmują całe miasto, mając je w opiece – wyjaśniła.
W drodze powrotnej postanowili jechać kolejką. Wśród tłumu poczuli się jak zwykli turyści. Robili sobie zdjęcia i podziwiali okolicę, jakby przyjechali tutaj tylko na wycieczkę. Lora niczym rasowy przewodnik oprowadzała Briana po najciekawszych punktach w Rio, opowiadając przy tym historię każdego z odwiedzonych miejsc.  O’conner uważnie słuchał dziewczyny. Widział, że jest ona tutaj szczęśliwa i strasznie go to cieszyło. W końcu, gdy nie mieli już sił usiedli z jednej z restauracji.
– Kochasz Rio, co? – zapytał Brian. 
– Nie tyle kocham Rio, co wspomnienia z dzieciństwa, które wiążą sie z tym miastem – odpowiedziała. – Zawsze przyjeżdżaliśmy tutaj z tatą na wakacje. Zmieniał się wtedy w bezwzględnego biznesmena w po prostu mojego ojca. Co roku zwiedzaliśmy te same miejsca, robiliśmy to samo, ale było fajnie, bo byliśmy tylko my dwoje. Żadnych telefonów, żadnych spraw do załatwienia. Tylko ojciec i córka.
Brian popatrzył na Barcelonę ze zrozumieniem. Czyli ten Antonio wcale nie był taki zły. Jak chciał to potrafił być dobrym, kochającym ojcem. Trochę nawet Lorze zazdrościł. On nigdy nie miał takiego dobrego kontaktu ze swoimi rodzicami.
– Teraz to nie wiem czy mam ci współczuć ojca, czy może jednak zazdrościć – westchnął Brian.
– A ty jakie masz wspomnienia ze swoim tatą? 
Brian pokręcił głową.
– Nie znam go. – Brian spojrzał na Lorę. W jego oczach można było zobaczyć nutkę żalu. – Moja mama spotykała się z moim ojcem dość krótko. Wiem tyle, że był policjantem, że zostawił ją gdy dowiedział się o ciąży i że zginął w wypadku gdy byłem mały. Potem moja mam związała się z Richardem czyli ojcem Jake’a, wzięli ślub i urodził im się Jake. Tworzyliśmy szczęśliwą rodzinkę, ale nigdy nie czułem się z nimi dobrze. Wiedziałem, że nie jestem synem Richarda. Zawsze byłem tym gorszym dzieckiem, wszystko co zrobiłem było źle. Jake'a nigdy aż tak nie ochrzaniali. Dlatego jako nastolatek buntowałem się i broiłem razem z Romanem. Richard chciał żebym się ustatkował i zaczął pracę w jego firmie, ale nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego. Aż skończyłem osiemnaście lat. Wtedy wyprowadziłem się z domu, zmieniłem nazwisko na O’conner, czyli panieńskie nazwisko mojej matki i wstąpiłem do policji. Dopiero gdy poznałem Dominica i resztę poznałem co to znaczy prawdziwa rodzina. Ot cała historia.
– Chyba nie odwiedzasz zbyt często rodziców, co? – zapytała Lora. Nie spodziewała się takiego zwierzenia ze strony O’connera. Teraz już rozumiała, czemu Brian i Jake mają inne nazwiska chociaż są braćmi. 
– Odkąd się wyprowadziłem, nie widziałem ich ani razu – wyznał Brian.
Na te słowa Lorze zrobiło się przykro. Skoro O’conner ma dwadzieścia trzy lata to znaczy, ze nie widział się ze swoimi rodzicami jakieś pięć lat. To straszne, że nie utrzymywał kontaktu z ludźmi, którzy bądź co bądź wychowali go.
– To co zbieramy się? – Brian zmienił temat siląc się na wesoły ton. – Nie pokazałaś mi jeszcze jak wygląda słynna Copacabana – uśmiechnął się szarmancko, podając Barcelonie swoje ramię.


Brian i Lora dotarli do najsłynniejszej plaży w Rio, znajdującej się w dzielnicy Copacabana. Brian nie wierzył własnym oczom. To była prawdziwa impreza na plaży. Były tutaj tysiące ludzi. Było sporo turystów, którzy podziwiali to miejsce i robili sobie zdjęcia. Kobiety były ubrane w kolorowe stroje i wyginały ciała tańcząc w rytm muzyki. Mężczyźni starali się zaś dotrzymać im kroku. Nieopodal była ustawiona ogromna scena, na której występowali Brazylijscy muzycy. Gdzieniegdzie można było zobaczyć całujące się pary, które uległy romantycznej atmosferze. O’conner stwierdził, że czuje się prawie jak na juwenaliach, tyle że tu nikt nie rzygał. 
– Myślałem, że karnawał już był – stwierdził, patrząc w lekkim osłupieniu na to, co się dzieje wokół niego.
– Tutaj karnawał jest przez cały rok! – krzyknęła wesoło Lora, po czym ruszyła do tańca. 
Brian poszedł za dziewczyną. Podziwiał jak niewinnie, ale jednocześnie niezwykle zmysłowo porusza biodrami w rytm muzyki. Tańcząc z nią mógł poczuć się zupełnie jak Patrick Swayze w filmie Dirty Dancing, z tą różnicą, że to on uczył się tańca. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego towarzyszka przyciąga wzrok innych mężczyzn, dlatego nie mógł opuścić jej nawet na krok. W pewnym momencie złapał ją w pasie i pocałował namiętnie. Chciał żeby wszyscy zobaczyli, że ta dziewczyna należy do niego i tylko do niego. Brunetka roześmiała się wesoło i złapała O’connera za kark i przyciągnęła do siebie. Tym razem to ona złożyła na jego ustach pocałunek. Zdawała sobie sprawę, że jest zakochana w Brianie po uszy…


Wracali do domu przez plażę. Szli objęci brzegiem morza, mocząc bose stopy w słonej wodzie. Oboje milczeli, pochłonięci w sowich myślach. Oboje zastanawiali się co im przyniesie przyszłość…
Weszli do pokoju, Lora natychmiast udała się do łazienki. Zamknęła drzwi na klucz i podeszła do umywalki. Oparła się o nią dłońmi i spojrzała w lustro. Mimo strachu, była pewna tego, co chce zrobić. Rozpuściła włosy i ogarnęła jej na jeden bok odsłaniając dekolt i szyję. Wyszła z łazienki i spojrzała na Briana, który siedział na skraju łóżka i bawił się telefonem. Podeszła do chłopaka i usiadła mu na kolanach, wyciągając z rąk komórkę, która po chwili wylądowała na stoliku nocnym. Pocałowała go najpierw delikatnie, a potem coraz bardziej namiętnie. Jej ręce błądziły po jego klatce piersiowej okrytej jedynie koszulą. Po chwili popchnęła go lekko dając znak, by położył się na łóżku. Jednak Brian przerwał:
– Lora, nie – powiedział, odpychając ją od siebie. Dziewczyna zerwała się z jego kolan i stanęła jak najdalej od niego.
– Nie chcesz mnie? – zapytała drżącym głosem. 
– Nie, to nie tak… - zaczął, jednak Lora wybiegła z ich pokoju nie dając mu dokończyć. – Kurwa! – zaklął głośno, po tym jak usłyszał trzask drzwi.

Lora biegła tak długo dopóki nie straciła kompletnie tchu. Dotarła aż do północnego krańca Copacabany, która kończyła się ogromnym wzgórzem. Usiadła na ławce ukrytej pośród rosnących tutaj palm. Czuła się jak skończona kretynka. Zachowała się wobec Briana jak jakaś napalona małolata. A przecież on jej wcale nie chce. Myślała, że skoro zaryzykował sla niej wszystko i mówił, że jest dla niego ważna i że mu zależy, to coś do niej czuje Było jej strasznie głupio, ale jednocześnie cholernie bolało ją to, że Brian nie postrzega jej jako kobiety, a jedynie sierotkę, którą trzeba bronić przed własnym ojcem. Chciała tylko przeżyć swój pierwszy raz z mężczyzną, którego kocha. Nawet jeśli on do niej nie czuje nic głębszego. Mimo, że nie znali się długo, brunetka wiedziała, że Brian to ten jedyny. Była gotowa wykonać ten poważny krok.


"Nie zgubcie się. Nie zgub jej. Bądź dużym chłopcem."
                                                             Jakub Żulczyk "Zrób mi jakąś krzywdę"

Brian krążył po całej dzielnicy szukając Barcelony. Nie dała mu nawet wyjaśnić, tylko uciekła. Przecież kochał ją i pragnął jak nikogo innego na świecie, ale nie mógł kochać się z nią w sytuacji w jakiej się znaleźli. Po prostu to nie była dobry moment. Chciał, żeby ta chwila była wyjątkowa dla nich obojga. O’conner zaczął powoli panikować, bo nigdzie nie mógł znaleźć Barcelony. Kompletnie nie wiedział co ma robić, a ni gdzie szukać Lory. Co chwila klął pod nosem, że kompletnie nie zna Rio. Miał tylko nadzieję, że brunetka jest teraz w jakimś bezpiecznym miejscu i że nic jej nie jest. 
W końcu dostrzegł ją siedzącą zapłakaną na ławce, natychmiast do niej podbiegł i kucnął naprzeciw niej.
– Lora… – powiedział, ścierając kciukiem łzy z jej policzka. 
– Zostaw mnie samą, proszę – wydukała cicho.
Brian jednak nie poddał się i podniósł lekko jej podbródek, zmuszając Lorę, by na niego spojrzała.
– Lora, kocham cię – wyznał, patrząc jej w oczy. Brunetka zdawała się być zaskoczona słowami O’connera. Chciała coś powiedzieć, jednak blondyn kontynuował nie dając jen dojść do słowa: – Kocham Cię i pragnę, jesteś dla mnie najważniejsza. Zasługujesz na więcej niż numerek w hotelu. Spieprzyłem dużo spraw w moim życiu, ale tego nie chcę schrzanić. Chcę zrobić wszystko po kolei, ale najpierw zrobię wszystko, żebyś mogła wrócić do domu. Okej?
– Okej – Lora zgodziła się i wtuliła się w ramiona Briana. - Też cię kocham, Brian.
Brian uśmiechnął się z ulgą. W końcu odważył się wyznać to, co czuje, a Lora odwzajemniała jego uczucia. Miał nadzieję, że od teraz będzie już tylko lepiej. Nie wiedział jak bardzo się mylił…


***


OMG. CO TO JEST. Miało byc pięknie, a wyszła jakaś beznadzieja... To przez to, że skasowałam niechcący poprzednią wersję i nie potrafiłam odtworzyć mojej pierwotnej myśli... Chciałam jeszcze trochę dopisać do tego rozdziału, ale stwierdziłam, że zamiast jednego rozdziału i epilogu zrobię jeszcze dwa rozdziały i epilog. Co wy na to?
I jest jeszcze jedna kwestia.
Czy mam pisać drugą część burza po ciszy? To zależy od Was. Jeżeli polubiłyście moją koncepcję, to z chcęcią będę pisać dalej (zrobię krótki urlop w międzyczasie, zeby przemyśleć akcję ;D)
Przepraszam z góry, że zawiodłam Was tym rozdziałem..


Pozdrawiam! :*

8 komentarzy:

  1. Wow stara rozdzial jest zajebisty!!! Ja zadam drugiej czesci opowiadania:*! Kocham to opowiadanie i musisz je kontynowac bo inaczej bedzie wpierdol:D (cytuje komentarz z mojego bloga hahhh) Oni sa tact uroczy, ze masakra. Jak ja kocham i uwielbiam Briana. Tak wgl to kiedy Letty rodzi?? hahaa
    Kurcze nie wiem co ci powiedziec, wiec po prostu duzo weny zycze i czekam na next:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Druga część będzie specjalnie dla ciebie! ;* (nie lubię wpierdolu, brzydko wyglądam z fifkę pod okiem, ael za to jaki fejm w gimbazie xdd)
      Heh.. czekaj będę musiała policzyć kiedy rodzi, żeby nie było, że będzie w ciązy 12 miesięcy jak słoń ;D

      Pozdrawiam! :*

      Usuń
    2. osz kurde czuje sie zaszczycona^^ hahhh tak jak slon:D co do szablonu to z checia ci go zrobie. Tylko napisz do mnie na gg, albo google hangouts bo bede chciala wiedziec pare szczegolow co i jak i po prostu bedzie nam sie łatwiej komunikowac. Jesli nie masz ani tego ani tego to wal na email OliviaWinslow@wp.pl :3 ale od razu mowie, jestem amatorem i nie umiem robic perfekcyjnie jak inni xd

      Usuń
  2. Cudo ! Normalnie cudo <3 Rozdział jak wspomniała Olivia jest zajebisty ! Czekam na wielki rozpierdziel ! W końcu This is Brazil !
    https://pbs.twimg.com/media/Bp9dAVSCQAAJzwl.jpg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!!! ;* haha, jak czytam This is Brazil, słyszę w głowie głos Dominica. xd
      Pozdrawiam! ;)

      Usuń
  3. Genialny! Przeczytałam go pięć razy pod rząd! Zajebisty. Życzę weny i z niecierpliwością czekam na następny. Po prostu uwielbiam tę historię.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wybacz, że dopiero teraz przybywam z komentarzem ale mam straszne dużo na głowie :(
    Rozdział wspaniały !
    mam nadzieje, że nikt nie wejdzie między Lorę i Briana! Ojciec mógłby dać jej spokój i zrozumieć, że córka chce być szczęśliwa!
    Lecę spać bo jest już późno...
    czekam na kolejny rozdział :*

    OdpowiedzUsuń